Gdyby ktoś spytał mnie, co sądzę o JFK, zdębiałbym. Poważnie. To znaczy znam gościa, wiem, że bzykał wszystko co się rusza i na drzewo nie ucieka, no i zginął w zamachu, którego na zdrowy rozum nie powinno być. I tyle.

A przecież ten 35 prezydent USA to praktycznie własność publiczna. Żywa, no może nie do końca żywa, ale historia, a może raczej legenda tworzona przez jego zwolenników i przeciwników. Swoje dołożył też świetny film „JFK” Olivera Stona, który jest ekscyjącym thrillerem dokładającym cegiełkę do legendy zamordowanego prezydenta.

Tymczasem biografia „Zabić prezydenta” autorstwa Bill`a O`Reillego oraz Martina Dugarda jest… zwyczajna.

Nie ma w niej miejsca na piętrowe spiski, odwet na skalę światową. Nie. Mamy kameralną opowieść o człowieku, który stał się przywódcą wolnego świata. Czy stał się nim słusznie? Wątpię. Z lektury biografii wcale to nie wynika.

Mamy raczej do czynienia z człowiekiem, który płynął z prądem, spełniającym wolę bogatego tatusia, który wymyślił, że jego synowie zrobią polityczną karierę.

Oczywiście JFK miał zalety; był przystojny, uwielbiał tłumy, miał świetne pióro, potrafił imponująco przemawiać.

Tylko co z tego, skoro te przymioty (których większość polityków nie ma i nie będzie miała mimo usilnych prób i szkoleń) przysłaniały seksoholizm, lenistwo, brak zdecydowania, małostkowość oraz populizm, co najlepiej widać na przykładzie traktowania Lyndona Johnsona, czy podejście do Martina Lutera Kinga, również jebaki niezgorszego.

Bojaźń przed podjęciem brzemiennych w skutki decyzji widać fajnie na przykładzie inwazji na Kubę, która miała uwolnić kubańczyków od reżimu Fidela Castro. Niestety reakcja prezydenta USA sprawiła, że akcja zakończyła się fiaskiem oraz powstaniem dodatkowych wrogów politycznych czekających no potknięcie się młodego prezydenta.

Aż nadszedł kolejny kryzys kubański związany z instalacją radzieckich wyrzutni rakietowych na wyspie Fidela Castro; znacie tę akcję być może z filmu „13 dni” z udziałem Kevina Kostnera, a młodsi mogą coś kojarzyć przy okazji filmu „X- Men: pierwsza klasa”.

To od tego momentu – tak wnioskuję z tego, co piszą autorzy – JFK odnajduje w sobie tę powagę właściwą dla funkcji. Osobiście przyznam, że tego tak nie postrzegam. Już bardziej widzę to tak, że facet po prostu został przygnieciony wagą zbliżającej się wojny atomowej i po prostu nie miał wyjścia, jak zająć się polityką przez wielkie P.

Nie ma sensu streszczać całej książki, bo nie o to chodzi. Warto ją przeczytać właśnie ze względu na charakter Kennedych. Ich podejście do życia, do polityki, do ludzi w ogóle. O ich łatwości w tworzeniu sobie wrogów, ale i łatwości pozyskiwania miłości mas.

Nieodłączną częścią dramatu JFK jest Harvey Lee Oswald, którego historię śledzimy może nie z zapartym tchem, ale z zaskoczeniem, przy czym nie jest ono spowodowane jakąś jego wyjątkowością ile tym, że tak mało znaczący człowieczek potrafi spowodować taką detonację amerykańskiej i światowej polityki.

Po lekturze „Zabić Kennedy`ego” czas chyba dojść do wniosku, że śmierć prezydenta nie była elementem spisku lobby zbrojeniowego, rasistów, Fidela Castro, mafii, zgorzkniałego Freda Astaira itd. itp.

Myślę, że było to bardzo proste – wariat i nieudacznik postanowił zabić najpopularniejszego polityka swoich czasów. Chciał przejść do historii. I zrobił to.

Reszta pozostaje legendą.

Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz