Historia, którą opiszę poniżej jest banalna aż do bólu, ale mnie wkurzyła. Trwało to 10 dni.

Podjechałem do siedziby pewnej dużej firmy giełdowej. Wjazd jest odgrodzony szlabanem, który podnoszą strażnicy po „przesłuchaniu” chcącego wjechać jeśli uznają, że można go wpuścić. Zatrzymałem się grzecznie, strażnik podszedł, nacisnąłem na przycisk opuszczający szybę w drzwiach i… nic się nie stało. Ani drgnęła. Po kilku próbach otworzyłem w końcu drzwi i pogadałem ze strażnikiem, który już dziwnie na mnie patrzył czekając aż otworze okno.

Oczywiście natychmiast się wkurzyłem – nie znoszę takich niby drobnych, ale dokuczliwych awarii. Kiedy załatwiłem sprawę, pojechałem od razu do warsztatu, w którym robię przeglądy, wymiany oleju itp. Solidny, mający „ludzkie” ceny, znany mi dobrze fachowiec.

Obejrzał, zawołał elektryka, popatrzyli, posłuchali reakcji po włączeniu (a reakcja była zerowa – żadnych odgłosów), pokiwali głowa i orzekli, że pewnie silniczek padł. Trzeba kupić nowy, rozebrać drzwi, wymontować silnik (a to w renault megane II jest upierdliwe bo silnik jest przymocowany do tapicerki, a reszta mechanizmu do drzwi) – jednym słowem zajmuje trochę czasu. A warsztat zawalony robotą. Umówiliśmy się, że przyjadę za tydzień i naprawią mi to. – Co tam – pomyślałem. – Da się z tym jeździć. Najwyżej będę otwierał drzwi a nie szybę. Do soboty było OK. W sobotę późnym popołudniem wybrałem się z lepszą połówką i córką (wróć! Nie „wybrałem się” tylko otrzymałem propozycję nie do odrzucenia by pojechać) do jednego z hipermarketów. Pogoda była paskudna.

Padał deszcz ze śniegiem. Zimno. Wiatr. Połaziliśmy po tym sklepie, wyszliśmy, podchodzimy do samochodu a tam… nie ma szyby w drzwiach od strony kierowcy.
– Wybili!!! Okradli!!! – taka myśl od razu przebiegła mi przez głowę. Podchodzę – szkła nie widać. Patrzę… a to szyba się schowała! SAMA!!! No kurcze! – Jak to? – myślę. Jak silnik zepsuty to jak się opuściła? Opadła? Przecież linki ją trzymają!

No nic. Opuszczona jest więc jakoś to się stało! Próbuję zamknąć. Nie działa. Szlag by to… Co robić? Sobotni wieczór już jest właściwie. Nie znajdę żadnego warsztatu. Zadzwoniłem do kumpla, który zna się trochę na elektryce samochodowej. Odwiozłem rodzinkę i do niego. Na skrzyżowaniach ze światłami ludzie gapili się na mnie jak na wariata: facet przy padającym śniegu jeździ z opuszczoną szybą!!!

Pogrzebaliśmy z kumplem tyle ile mogliśmy i oczywiście nic nie wskóraliśmy. Kumpel powiedział, że gdyby nie widział tego na własne oczy to by nie uwierzył: w tym samochodzie po wyjęciu karty nie powinna działać instalacja elektryczna. Ale fakty mówiły za siebie. Kumpel był o tyle dobry, że zaproponował, żebym zostawił do poniedziałku samochód u niego w garażu.

W poniedziałek znowu do warsztatu. Szef bezradnie rozkłada ręce i pokazuje rozbabrane samochody mówiąc, że przed środą nie da rady. W dodatku nie chce polecić żadnego elektryka mówiąc, że nie będzie potem świecił oczami (prorok jak słowo daję, prorok).

Pojechałem do pracy, pogadałem z kierowcami gdzie są elektrycy i zacząłem jeździć po warsztatach. Trzeci z kolei wziął auto od ręki. – Silniczek padł – zawyrokował i kazał przyjść za dwie godziny. Przyszedłem. Patrzę auto stoi przed warsztatem, szyba podniesiona. –

Fajnie jest myślę sobie, – po kłopocie. O naiwny!!!

Facet jak mnie zobaczył, sięgnął na półkę i mówi: – silniczek do niczego, wymontowaliśmy moduł, szybę zamocowaliśmy, może pan jeździć. Jak pan kupi sprawny moduł, proszę przyjechać, zamontujemy. Należy się 120 zł. i kładzie przede mną kawał plastiku z silniczkiem.

Mina mi zrzedła. Zapłaciłem i pojechałem. Najpierw do serwisu Renault. Tam miła pani sprawdziła i powiedziała, że samych modułów (kawałek plastiku z prowadnicą, silniczek i kostka ze sterującą elektroniką) nie mają. Mają natomiast cały podnośnik szyby. Jedyne 1000 zł i jest mój. Podziękowałem grzecznie i pojechałem do sklepu z częściami. W tym sklepie ponoć „jest wszystko”. Tego co potrzebowałem nie mieli, ale dali mi telefony do trzech firm gdzie mogą to mieć. Zacząłem dzwonić.

Najbliższa, kilka kilometrów ode mnie firma owszem ma takie części, ale.. będzie je można kupić dopiero w piątek bo właśnie „pojechaliśmy za granicę po towar”. Do drugiej (35 km ode mnie) się nie dodzwoniłem, w trzeciej nie mieli. Siadłem do Internetu. Pogrzebałem, pogrzebałem i znalazłem na allegro. Pod Wrocławiem, nówka, 150 zł.

Zadzwoniłem, umówiłem się na wizytę następnego dnia. Nastał wtorek. Spokojnie pojechałem sobie te 80 km. Znalazłem gościa. Przyniósł towar. Patrzę, a to inny trochę kształt. Porównuję z tym co przywiozłem. Inne! Kurcze! Pytam gościa, a on ze stoickim spokojem że to jest do megane II ale megane II scenic!!!!! No myślałem, że mnie trafi na miejscu!!! 160 km tam i z powrotem na darmo!!! Wróciłem do domu. Był wtorek wieczór. Następnego dnia byłem umówiony z mechanikiem – tym moim. Znowu Internet. Znalazłem. Tym razem na drugim końcu Polski. Dzwonię. Upewniam się, że to do mojego auta. Właściwie to tak. Jak to właściwie? No ta sama historia. Do Scenica. Szlag!!!

Następnego dnia rano (środa) dzwonię do firmy, do której wcześniej nie mogłem się dodzwonić. Tak. Mają. Można przyjechać. Jadę. 35 km. To warsztat i sprzedaż części do „francuzów”. Pokazuję gościowi co mam, tłumaczę. Znika w magazynie i wraca z kilkoma takimi modułami. Okazuje się, że żaden nie pasuje! Wszystkie są „prawe”, a ja potrzebuję „lewy”. Ale gość mówi, że przełoży mi silniczek i zapłacę tylko 50 zł. Super – myślę. To jest rozwiązanie.

Gość rozkręcił moduł i… coś go tknęło. Przyłożył napięcie do silniczka a on… zadziałał. Popatrzył na mnie jak na wariata. Mówię, mu, że elektryk twierdził, że silniczek popsuty. Spytał, który elektryk i tylko się zaśmiał jak usłyszał który to magik. Oczywiście ja już się zagotowałem. Wróciłem do siebie i do elektryka. A ten zaczyna kręcić: – no powiedziałem, że silnik ale to tak się mówi, chodzi o cały moduł, a właściwie o elektronikę sterującą. Ona nawaliła. Trzeba kupić cały moduł. Zakręciłem się na pięcie i wyszedłem. Pojechałem do „swojego” mechanika, pogadałem. Poradził mi poczekać do piątku, kiedy z zagranicy wrócą goście, co to mają tą część. Miałem ją kupić i przyjechać do niego. Obiecał, że naprawi od ręki.

Zostawiłem samochód na parkingu (szyba tandetnie zaklinowana kawałkiem drewna zaczynała się opuszczać od wstrząsów). Poczekałem do piątku. Około południa goście już wrócili. Pojechałem do nich i kazało się, że jeden z nich to mój znajomy. Jak usłyszał do kogo dałem samochód do naprawy to za głowę się złapał. Gorzej ponoć już trafić nie mogłem. Ale człowiek nie wróżka przecież. Kiedy sobie z nim rozmawiałem jego brat szukał części. Znalazł. Cały podnośnik. Nówkę. 250 zł. Już płaciłem, ale nauczony doświadczeniem przyjrzałem się jeszcze raz i… okazało się, że to… „prawy”. Lewego nie mieli. Ręce mi opadły. Miałem dość. Ale… – Spoko stary – mówi jeden z braci! – Tu masz telefon. Ten gość na pewno ma taką część. I nawet sam ci wymieni.

No OK. Zadzwoniłem. Umówiłem się za… pół godziny. Podjeżdżam, a tam dryblas 1.90, cały wytatuowany. Już się zjeżyłem. Ale… Gość otwiera garaż, a w nim… kilkadziesiąt podnośników do różnych marek. W tym kilka do mojego! Aż się uśmiechnąłem ze szczęścia. Facet okazał się bardzo miłym człowiekiem. Rozebrał drzwi, a tam… Misz masz. Gość ręce załamał. Linki pozdejmowane z prowadnic, poplątane, burdel całkowity. – Potrwa z pół godziny, zanim to uporządkuję – mówi. Co to jest pół godziny!!!

Zanim zaczął to wszystko składać podpiął pod instalację nowy moduł. Sprawdziliśmy: działał. Gość mówi: 50 zł i pana. – Biorę – mówię bez namysłu. Ale… tknęło mnie coś. – Niech pan podłączy ten mój, ten zepsuty – mówię. – Sprawdzimy. Gość podłączył, nacisnął przycisk i… zadział!!! Rozumiecie?!!! „Zepsuty” moduł, za wymontowanie, którego zapłaciłem 120 zł, przejechałem za nowym ponad 250 km i straciłem kupę czasu ZADZIAŁAŁ!!! No żesz ty w mordę!!!!

Zamontowaliśmy ten stary. Gość wszystko uporządkował. Podpiął, złożył. Trwało to faktycznie pół godziny. Pytam potem ile płacę, a ten mówi: 40 zł!!! Chciałem dać mu 100 ale odmówił, zgodził się na 50.

Szyba opuszcza się i podnosi jak nowa. Co nawaliło? A cholera wie. Prawdopodobnie poluzowały się jakieś styki. Po ponownym podłączeniu zadziałały.

Tylko powiedzcie mi ZA CO zapłaciłem temu cholernemu oszustowi-elektrykowi?

Mam ochotę iść do niego i zażądać zwrotu gotówki. Ale obawiam się, że kasy nie odzyskam. Nauczka dla wszystkich stara jak świat: zanim dacie auto do naprawy upewnijcie się, że dajecie je fachowcowi, a nie kanciarzowi.

Henryk „Pismak” Opatowiecki

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz