W końcu gówniarz skojarzył, że pierwszy łoniak to nie dziwactwo lecz kolejny etap w rozwoju. Kolejne włoski tylko to potwierdzają. I albo gówniarz zaakceptuje to zwłaszcza, że inteligentnym jest, bo przecież ma w sobie potencjał i uda mu się ciekawie pożenić wieczną młodość ze zbliżającą się dojrzałością, albo zostanie Piotrusiem Panem.

Kiedy wariactwo przestaje być błaznowaniem bez celu, a staje się bezpieczną podróżą w nieznane? Gdy ma podbudowę. Tak, tak, bejbis. Mogę być świrem, takim pozytywnym, ale tylko w ramach solidnej konstrukcji, która pozwala utrzymać to moje porąbanie w rozsądnych granicach. Absurd? Niekoniecznie.

Przecież Jarzyna nie stworzyłby z TR tak ważnego ośrodka kulturalnego bez ludzi, którzy pilnują mu ładu organizacyjnego, finansowego, słowem takiego, które zapewnia w miarę przyswajalny odbiór. I dzieje się bez utraty wolności artystycznej, która uzyskuje tylko podstawę.

FENOMEN MUZYKI GRUPY GOGOL BORDELLO – PRZECZYTAJ WPIS!

Pewność, że są ludzie, dzięki którym tworzenie odbywa się właśnie bez ograniczeń, że twórca nie jest skrępowany brakiem chleba, promocji, narzędzi. Artysta dojrzewa.

I całe szczęście, że Gogole dojrzeli. No. Dojrzewają. Mam nieodparte wrażenie, że dotychczasowa beztroska, co prawda przeplatana chwilą zadumy, ale jednak beztroska, odchodzi. Albo inaczej- wzbogaca się o dojrzałość, która nad jednorazowe wyskoki przedkłada spójność. Ten cały gipsy- punk, to kolorowe wariactwo, te szaleńcza gonitwa na skrzypcach Siergieja, te dwie szurnięte ni to wokalistki, ni to dekoracje nadające zespołowi dodatkowej dzikości, seksu- to jest cudowne, szaleńcze i nie do podrobienia, ale… No właśnie.

Gogol Bordello zaczynają widzieć las w całej jego wspaniałości. To już nie skupienie się na jednym drzewku i zachwycanie się nim podczas, gdy metr dalej leżą śmieci. Bo powiedzmy sobie szczerze, tak po krasnoludzku- dotychczasowa twórczość Gogoli była bardzo nierówna. Mało to razy zdarzało się, że płyta miała w sobie dwie, trzy bomby, za które dawaliśmy się pociąć, a reszta była takim naćkanym nie wiadomo czym? I dopiero koncert, ta ichnia fabryka szaleństwa, dzikości, kotła czarownic po prostu sprawiał, że takie coś, jak np. “Dogs Were Barking” dostawało kopa i działało. Ta urocza beztroska sprawiała, że zespół kupowało się z dobrodziejstwem inwentarza i bez refleksji- co dalej?

Co tu dużo mówić. Można było albo pójść do przodu, albo robić to, co Godsmack na nowej płycie, czyli odcinać kupony, albo to co zrobił Axl z Guns n Rose, czyli zarżnąć legendę.

“Transcontinental Hustle” uspokoiła mnie. Bardzo. Nie ma tu co prawda takich strzałów, jak “Wonderlust King” “Harem In Tuscany” czy “Supertheory Of Supereverything”, lecz coś dzięki czemu zespół przeniósł się piętro wyżej.

Jest to najrówniejsza płyta. Spójna. Zwarta. Choć jest tu tradycyjna, wybuchowa mieszanka, do jakiej przyzwyczaili nas, to zachowali jednorodność pozwalającą bezboleśnie łyknąć tę płytę za pierwszym, drugim, dziesiąt, trylsetnym razem. Nie ma tak jak np. przy “Super Taranta”, gdzie przerzucało się płytkę do wybranego utworu, oh no. To wszystko idzie cięgiem, sru. Przechodzi po tobie i wraz z ostatnim utworem widzisz w tym całość. To jest kompletne. Zresztą i tak nie będę obiektywny, bo i nie mam zamiaru taki być w przypadku tego zespołu i tej płyty. Chcesz udawanej obiektywności w rytm monety dystrybutora, idź na inne portale.

Jak to muzycznie wygląda. Jasne, jest stare Gogol Bordello, jednak jest to żywioł okiełznany, wzbogacony o nowe brzmienia. Nie nie mam na myśli jakichś orientalnych kloców. Chodzi mi o włączenie do tej cygańskiej rozpierduchy jeszcze większej ilości elementów nazwijmy je- śródziemnomorskich. Efekt jest świetny.

Umówmy się- ten zespół to koncertowa maszyna. Na tej płycie widać, pardąsik, słychać to jeszcze lepiej. I tu dochodzimy do roli producenta. Na tej płycie widać, jak ważna jest to rola i jak ważne jest dobranie odpowiedniego człowieka. W tym przypadku jest to Rick Rubin i tyle na ten temat.

To dzięki niemu jesteśmy najbliżej ideału Gogol Bordello- temu barwnemu pochodowi, który potrafi powiedzieć wprost “lubisz naszą muzykę, ale nienawidzisz tego, jacy jesteśmy”- to zdaje się o cyganach. Utwór skoczny, radosny muzycznie, wariacki, taki bordellowski po prostu. Chopy odpaliły granat i rzuciły w tłum. I tupiesz, pocisz się, wariujesz. I może potem, w domu, gdy wsłuchujesz się w tekst próbujesz się zastanowić nad tym, do czego bezrefleksyjnie pogowałeś. I przypominasz sobie kretyńskich dziennikarzy, którzy mówią do ciebie “islam jest religią miłości” podczas, gdy tak naprawdę nie chcą mieć do czynienia z tymi brudasami. Ha, jak widać, choć niby o cyganach, GB śpiewają generalnie o mniejszościach, o ludziach żyjących w nieformalnych gettach.

Gogol Bordello nie zmieniają się nagle w bardów płaczących na scenie w rozciągniętych swetrach i i wyśpiewujących płaczliwe piosenki. To nadal zespół, którego synonimem jest słowo “zabawa!”, koniecznie z wykrzyknikiem na końcu. Tyle, że jest to zabawa z większym ładunkiem refleksji.

Mamy teraz raczej zespół wagabundów, który szlajając się po świecie wciąga do zabawy wszystkich, którzy staną im na drodze. Zmieszają wasze lokalne tradycje i waszą lokalną muzykę ze swoją witalną torpedą, po czym poczęstują was paroma gorzkimi słowami. Ale to wciąż w rytm szaleńczego pogo, tęsknoty za dziewczyną, beztroską, za podstawowymi ideami, które sprawiały, że świat jest lepszy.

Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here