„Dzień Niepodległości: Odrodzenie”. Kompletnie nieudana kontynuacja kinowego hitu

Powrót do starych i sprawdzonych, czasem nawet nieco zapomnianych tytułów, to ostatnio modny trend. Po fali remake’ów, przyszedł czas na sequele po latach. Na kontynuację Dnia Niepodległości przyszło nam czekać dwie dekady. Czy po tak długim czasie film ma szansę podbić serca widzów i stać się kasowym hitem, jak jego nagrodzony Oscarem za efekty specjalne poprzednik z 1996 roku?

Dziś Independence Day nieco trąci myszką, chociaż 20 lat temu robił ogromne wrażenie. Jednak nawet w momencie premiery była to banalna, głupkowata i nastawiona wyłącznie na hedonistyczną rozrywkę mieszanina akcji, dramatu i humoru. Sprawdziło się to nieźle, głównie za sprawą rzemieślniczej, ale sprawnej reżyserii oraz będącej na topie obsady. Sequel podąża podobną drogą: za kamerą ponownie stanął Roland Emmerich, a lwią część gwiazd poprzedniej produkcji udało się ponownie zebrać na planie.

W filmie również upłynęło 20 lat. Ludzkość otrząsnęła się po ataku kosmitów, co więcej, udało jej się wykorzystać obcą technologię do wzmocnienia własnego potencjału militarnego. Mamy nową broń, pojazdy, bazę na księżycu i wiele innych zdobyczy techniki. Nadal jednak nie jesteśmy przygotowani na to, co nadejdzie. A nadejdzie kolejna inwazja – dużo większa i bardziej niebezpieczna od poprzedniej. Na szczęście wciąż przy życiu pozostały osoby, które obroniły niepodległość dwie dekady wcześniej: schorowany, ale wciąż charyzmatyczny, były prezydent Thomas J. Whitmore (Bill Pullman) i czarujący jajogłowy David Levinson (Jeff Goldblum). To nie jedyne znajome twarze sprzed lat: na ekranie przez moment zobaczymy także generała Greya (jeden z ostatnich gościnnych występów zmarłego niedawno Roberta Loggii), zwariowanego profesora Okuna, Pana Levinsona Seniora (Judd Hirsch wcale się nie postarzał!) czy Jasmine Hiller, żonę postaci odgrywanej przez Willa Smitha. Tego z kolei zabrakło na planie, a jego postać została rzekomo uśmiercona. Pałeczkę przejmuje natomiast młode pokolenie: syn Stevena Hillera, Dylan (mało wyrazisty Jessie T. Usher) i Jake Morrison, utalentowany, ale niepokorny pilot (Liam Hemsworth, młodszy brat Thora). Chociaż obaj odegrają istotną rolę w walce z najeźdźcą, raczej nie skradną serc widzów i nie zostaną zapamiętani na dłużej.

Dzień Niepodległości: Odrodzenie to przede wszystkim spektakularne widowisko. Efekty specjalne stoją na najwyższym poziomie, mamy mnóstwo wybuchów i pościgów myśliwców za statkami kosmicznymi wroga, jak za starych dobrych czasów. Wisienką na torcie są kosmici z obcej rasy, których kamera pokazuje znacznie częściej. Epicko wypada pojedynek z królową matką, będącą skrzyżowaniem Ksenomorfa z Tyranozaurem. Zresztą niejednemu widzowi w finale staną przed oczami kultowe sceny z drugiej części Parku Jurajskiego. I to jest spory komplement.

Emmerich trochę wyluzował, w wyniku czego w sequelu jest nieco mniej patosu, a więcej dramatyzmu i czystego science-fiction. Oczywiście nie oznacza to, że Odrodzenie pozbawione jest humoru: wręcz przeciwnie. To nadal lekki film, gdzie bohaterowie częściej błaznują niż walczą o życie, ale mimo wszystko wydaje się być odrobinę lepiej wyważony niż pierwowzór.

Czas się pogodzić z tym, że głupie, ale spektakularne blockbustery robią nam po prostu dobrze. A Dzień Niepodległości: Odrodzenie robi nam dobrze głównie w sferze audiowizualnej. Obsada nieco się rozrosła, nowe twarze wypadają blado na tle starych, a runtime skrócono do dwóch godzin (przy 2,5 godzinach hitu z 1996 roku), przez co film wydaje się być nieco przeładowany. Najgorsze, że większości bohaterów równie dobrze wcale mogłoby nie być – nie wnoszą zupełnie nic, a widza totalnie nie obchodzi ich los. Również struktura sequela podąża wydeptanym 20 lat wcześniej śladem, więc jeśli podobała Wam się pierwsza część, również i na drugą nie powinniście narzekać. To ten sam poziom co Transformers czy Jurrasic World, zakładam więc, że część z Was, którzy mają dość wydmuszkowego kina, ominie film Emmericha szerokim łukiem. Obstawiam jednak, że film okaże się kasowym sukcesem, a trzecia część nas nie ominie, zwłaszcza że została już zajawiona w ostatniej scenie „dwójki”. I na nią pewnie nie będziemy musieli czekać do 2036 roku. 6,5/10.

Piotr Pocztarek

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here