„Batman vs Superman”. Film chaotyczny, niespójny, nielogiczny.

„Batman v Superman”, kontynuacja wątków rozpoczętych w świetnym „Man of Steel”, miał być filmowym wydarzeniem roku, w szczególności dla wszelkiej maści komiksowych geeków, takich jak niżej podpisany.

Niestety, pierwsze opinie krytyków i szczęśliwców, którzy widzieli film przedpremierowo nie pozostawiały złudzeń: najnowszy film Snydera miał być po prostu zły, a najlepsze co można o nim powiedzieć, to że miał potencjał, który został nikczemnie zmarnowany. W obronę dzieło wzięli jednak niektórzy fani, a seans potwierdził tylko moje przypuszczenia. Panie i Panowie, „Batman v Superman” nie jest złym filmem. Ale w żadnym wypadku nie jest też dobry.

Po wydarzeniach z „Man of Steel” Superman staje się kimś w rodzaju wroga publicznego. W wyniku jego nierozważnych działań wiele osób poniosło śmierć, stąd przychylna dotąd opinia publiczna zaczyna kwestionować jego wielkość i bohaterstwo. Ową nienawiść podsyca też Lex Luthor, odwieczny arcywróg Człowieka ze Stali, wykorzystując przy okazji samego Batmana do zrobienia porządku z superczłowiekiem. Prędzej czy później musi dojść do idiotycznej, dziesięciominutowej konfrontacji legend DC.

Tak w skrócie prezentuje się fabuła „BvS” i może nie byłoby w tym nic złego, gdyby to właśnie na tym konflikcie Snyder się skupił.

Jest on niestety potraktowany po macoszemu, przez co kompletnie niewiarygodny, a w 2,5 godzinny seans wepchnięto jeszcze tysiąc zupełnie zbędnych wątków pobocznych. Od samego początku widać, że film jest mocno poszatkowany i podzielony na krótkie, chaotyczne sekwencje, w których zgubić może się nawet fan komiksów, o „zwykłych” widzach nie wspominając. Dla nich nowy film Snydera będzie kompletnie niestrawny. Mamy tu położone podwaliny pod „Ligę Sprawiedliwości”, na którą wytwórnia ewidentnie mocno stawia, debiut Wonder Woman, Aquamana, Flasha i Cyborga (dosłownie epizod), a także zupełnie niepotrzebną, rozbijającą cały film konfrontację z Doomsdayem. Każdy, kto czytał komiksy wydane w latach 90-tych przez TM-Semic, wie jak ów niepowstrzymany stwór powinien wyglądać i jak się zachowywać. W „BvS” nie pozostało zupełnie nic z podniosłego klimatu tamtych zeszytów.

Podniosłe są za to dialogi – każda postać rzuca tutaj patetycznymi frazesami, jakby miała w tyłku kij i to jest największy zarzut. Mroczniejszy, bardziej brutalny klimat, piętnowany w recenzjach jako coś złego, jest oczywiście plusem, zresztą i tutaj zdarzają się lżejsze momenty i bohaterowie kontrapunktujący cały patos. Te wzniosłe chwile podsyca do bólu pompatyczna muzyka, która pojawia się nawet w chwilach, do których kompletnie nie pasuje. Wygląda to śmiesznie. Miałem wrażenie, że twórcy za wszelką cenę chcą, bym poczuł te emocje, wagę sytuacji, bym siedział na krawędzi fotela. I teraz cios kończący: nie czułem nic. Niech to będzie najlepszym podsumowanie wrażeń z seansu: ja, wielki fan komiksów, postaci Batmana i wszystkiego co nerdowskie, dawno nie oglądałem żadnego filmu tak beznamiętnie.

Aktorstwo również trzyma przeciętny poziom. Ben Affleck w roli Batmana wypada przyzwoicie (na pewno nie było o co lamentować, jak tuż po ogłoszeniu decyzji), Gal Gadot w roli Wonder Woman jest OK, chętnie zobaczę jej pełnometrażowy film. Coraz mniej przekonuję się natomiast do Henry’ego Cavilla w roli Supermana. Poza muskularnym torsem nie ma w tym filmie wiele do zaoferowania. Z pozoru kompletnie poroniony pomysł obsadzenia Jesse Eisenberga w roli Lexa Luthora ostatecznie nie okazał się wcale taki koszmarny. W roli obsesyjno-kompulsywnego szaleńca aktor wypada nienajgorzej, chociaż przez większość filmu bliżej mu do Edwarda Nigmy, niż do łysego szefa Lexcorpu.

Wątek pojedynku człowieka z „bogiem”, napędzany strachem i nienawiścią, nie został tu wykorzystany na tyle, by uzasadnić tytuł filmu i w gruncie rzeczy stał się wątkiem zbędnym. O wiele lepiej było postawić na kształtowanie się „Trinity”, która potem rozrośnie się do „Justice League”, ale tego już nie zmienimy. Ostatecznie „BvS” staje się dziełem przeciętnym, skazanym na zapomnienie lub na pełnienie zaledwie pomostowej funkcji w planowanym rozwoju filmowego uniwersum DC. Broni się warsztatem, pięknymi zdjęciami i wspaniałymi efektami specjalnymi, ale kompletnie leży na poziomie scenariusza, dialogów, montażu i emocjonalnego angażowania widza.

Wygląda na to, że Snyder przestał czuć to, co czują fani komiksów, a przede wszystkim Batmana i Supermana na całym świecie. Obstawiam, że zniszczyła go konieczność balansowania w rozkroku pomiędzy zadowoleniem hardkorowców, wprowadzeniem nowych widzów i nabijaniem portfela wytwórni, tak jak to robią filmy Marvela. DC obudziło się o kilka lat za późno i desperacko stara się nadrobić stracony czas, strzelając sobie w stopę.

Obraz jest chaotyczny, niespójny, mało logiczny i nie broni się jako samodzielne dzieło, a tego nie przykryje żadna wizualna orgia. Takie filmy robi się albo na 9/10, albo wcale. Ja nie czułem się seansem zgwałcony, ale mocno rozczarowany i zmęczony. A skoro mówi wam to komiksowy maniak, pomyślcie jak zareaguje widz, który nawiązania i smaczki ma w nosie. No właśnie.

Piotr Pocztarek

 

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here